niedziela, 25 października 2026
Lenna stories

Podróże zwykłych ludziPrawdziwe przeżycia Porady podróżnicze, zdjęcia z historią i kawałki mojego życia Tanie podróżowanie

Moje życie ·

Czego brakuje mi z południowych Moraw? Ludzi, gwary i zwykłych rzeczy

Po przeprowadzce z południowych Moraw do Igławy zaczęłam sobie uświadamiać, ile zwykłych rzeczy uważałam za oczywiste: ludzi, gwarę, ogrody, smaki i ciepły wiatr.

Czego brakuje mi z południowych Moraw? Ludzi, gwary i zwykłych rzeczy

Kiedy się gdzieś dorasta, wielu rzeczy wokół siebie wcale nie postrzega się jako czegoś wyjątkowego. Po prostu są.

Ludzie, którzy się z nami witają, znajome ulice, ogrody, owoce, które akurat gdzieś obrodziły, mowa, którą posługują się wszyscy dookoła.

Człowiek się nad tym nie zastanawia.

Dopiero gdy przeprowadziłam się z południowych Moraw na Wysoczyznę Czeską, do Igławy, zaczęłam stopniowo uświadamiać sobie, ile takich zwykłych rzeczy właściwie uważałam za oczywiste. Za niektórymi zatęskniłam niemal od razu. Za innymi dopiero po czasie.

I chyba najbardziej zaskoczyło mnie to, że to wcale nie są wielkie rzeczy. To raczej drobiazgi.

Ludzie i zwykłe pogawędki

Kiedy wspominam południowe Morawy, najczęściej przychodzą mi na myśl ludzie. Zawsze wydawali mi się tacy otwarci, rozmowni, często uśmiechnięci i dobrzy. Oczywiście nie twierdzę, że każdy taki był. To by nawet nie było możliwe. Ale byłam przyzwyczajona do pewnego sposobu komunikacji, którego dziś czasem gdzieś mi brakuje.

Ludzie na Morawach umieli się dużo śmiać, nawet jeśli mieli ciężką pracę albo ich życie nie zawsze było proste. Potrafili znaleźć choć chwilę na żart, na wspólne posiedzenie i śmiech. 🙂

I właśnie ta pogoda ducha i umiejętność zrobienia sobie miłej chwili ze zwykłego dnia zawsze była mi w nich sympatyczna. Może też dlatego, że ja mam podobnie. Lubię się śmiać i lubię ludzi, przy których po prostu jest człowiekowi dobrze i z którymi można się szczerze, od serca pośmiać. 🙂

Człowiek wchodził do sklepu, kilka razy spotkał tę samą ekspedientkę, zamienił z nią parę słów i stopniowo nie chodziło już tylko o to, żeby zapłacić i wyjść. Po jakimś czasie właściwie trochę się znaliśmy.

Na wsiach miało to oczywiście także małą wadę. Tam z kolei każdy lubił wiedzieć wszystko o wszystkich. Kto dokąd poszedł, kto przyjechał, kto z kim był, co się u kogo dzieje i co nowego. Czasem było tego prawie za dużo, ale dziś raczej się z tego uśmiecham. To też należało do tego środowiska. 🙂

Była w tym taka szczególna mieszanka bliskości, ciekawości i tego, że ludzie po prostu o sobie wiedzieli.

Ogrody, owoce i poczucie, że wokół wciąż coś rośnie

Kolejna rzecz, której mi brakuje, to ziemia. Gleba. Ogrody. To poczucie, że wokół człowieka wciąż coś rośnie.

My sami nie zawsze mieliśmy ogródek. Mimo to byłam przyzwyczajona, że gdy ktoś miał nadmiar owoców i nie wiedział, co z nimi zrobić, oddawał je na przykład sąsiadowi albo koleżance z pracy. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne. I w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś zabraknie mi miseczki świeżo zerwanych jeżyn. Albo domowych winogron.

A przecież właśnie winogron dziś czasem naprawdę mi brakuje. Nigdy bym wcześniej w to nie uwierzyła. 🙂

Po przeprowadzce do Igławy przez jakiś czas w ogóle nie wiedziałam, gdzie zdobyć niektóre rzeczy. Gdzie kupić czarną porzeczkę, agrest czy inne owoce. Dziś oczywiście wiem, dokąd pójść. Ale trochę trwało, zanim znalazłam swoje nowe miejsca.

I może właśnie z tego wszystkiego wyrosła moja dzisiejsza radość z uprawiania roślin na loggii. Choć ma ona tylko kilka metrów, lubię to uczucie, że coś zasadzę, to zacznie rosnąć, a ja potem mogę zerwać własnego pomidora, paprykę albo parę listków ziół. Jest w tym coś bardzo znajomego.

Niektóre smaki po prostu zostają

Z południowymi Morawami wiążą się u mnie także smaki. I właściwie nie umiem powiedzieć, czy potrawy, których próbuję gdzie indziej, naprawdę są inne, czy tylko ja odbieram je inaczej. Każdy region ma przecież swoje zwyczaje, swoje przepisy i swój sposób przygotowywania niektórych rzeczy. Ale czasem czegoś spróbuję i myślę sobie, że to po prostu nie to samo. Smakuje inaczej. Nie wyraźnie źle. Tylko inaczej.

I odwrotnie, czasem wystarczy znajomy smak albo zapach i człowiek nagle wraca myślami o lata wstecz.

Dziwne, co wszystko pamięć w sobie przechowuje. Czasem nie pamiętamy dokładnej daty ani tego, co mieliśmy wtedy na sobie, ale zapach czy smak pamiętamy całkiem dokładnie.

Ciepły wiatr

Jedną z rzeczy, które po przeprowadzce naprawdę odczułam, była pogoda. Na Wysoczyźnie wydaje mi się ogólnie chłodniej. I chyba najbardziej czuję to na wietrze. Na południowych Morawach pamiętam dni, kiedy wiał wiatr, ale był ciepły. Człowiek wychodził na zewnątrz i nie czuł w nim tego chłodu.

Tutaj czasem mam wrażenie, że nawet w piękny dzień wiatr i tak znajdzie sposób, żeby mi przypomnieć, że jesteśmy na Wysoczyźnie. 🙂

Może to zupełny drobiazg. Ale właśnie takie drobiazgi człowiek zaczyna dostrzegać dopiero wtedy, gdy przeprowadzi się gdzie indziej. Wcześniej nawet by mi nie przyszło do głowy, że kiedyś będę wspominać ciepły wiatr.

A potem nasza mowa

Jej też mi brakuje. Malú, velkú, takovú… (w standardowym czeskim „malou, velkou, takovou”, czyli małą, wielką, taką). Słowa i końcówki, które przez całe życie wydawały mi się zupełnie normalne. Dopóki nie przeprowadziłam się tam, gdzie tak się oczywiście nie mówi. A dziś, gdy gdzieś usłyszę znajomą gwarę, prawie zawsze się ożywiam. Czasem naprawdę wystarczy jedno zdanie. I od razu mam wrażenie, że jakoś tego człowieka znam, choć oczywiście wcale go nie znam. Znajoma jest tylko mowa. I w jakiś dziwny sposób bliska.

Zabawy, potańcówki i rockowe koncerty

Kiedy przypominam sobie czasy, gdy mieszkałam na południowych Morawach, należą do nich także różne wiejskie zabawy, potańcówki, koncerty i rockowe imprezy. Wtedy nie wydawało mi się to niczym szczególnym. Po prostu wiadomo było, że gdzieś coś będzie, i szło się tańczyć. To była zwykła część życia. I właśnie to jest może jedna z tych rzeczy, które człowiek zaczyna dostrzegać dopiero z perspektywy czasu.

Powroty w znajome miejsca

Na południowe Morawy wciąż bardzo chętnie wracam. I im jestem starsza, tym bardziej mam wrażenie, że nie wracam tylko do określonego miejsca. Wracam też do części swojego życia. Wystarczy przejechać znajomą ulicą i nagle przypominam sobie coś, o czym latami nie myślałam. Widzę dom i przypominają mi się ludzie. Mijam jakieś miejsce i nagle przypominam sobie, co się tam kiedyś wydarzyło. Czasem to zupełny drobiazg. Jedno zdanie. Jeden obraz. Czyjś śmiech. I nagle to wszystko jest znów na chwilę o wiele bliżej.

Może właśnie dlatego tak chętnie tam wracam. Nie tylko ze względu na to, jak wyglądają południowe Morawy. Ale ze względu na to, co tam mam zachowane we wspomnieniach.

Dom może być w więcej niż jednym miejscu

To wszystko jednak nie znaczy, że w Igławie nie czuję się dobrze. Wręcz przeciwnie. Tutaj też stopniowo znalazłam swoje miejsca, swoje drogi i swoje zwyczaje.

Lubię Igławę i przyrodę wokół niej. Podoba mi się, że mamy wiele rzeczy pod ręką. I od dawna wiem, gdzie co zdobyć, kupić albo dokąd pójść. Tylko trochę to trwało. Chyba jak wszystko, co ma człowiekowi zacząć się wydawać znajome.

I może właśnie dzięki przeprowadzce zrozumiałam, że można lubić miejsce, w którym się teraz mieszka, a jednocześnie wciąż tęsknić za niektórymi rzeczami z miejsca, z którego się pochodzi. Jedno drugiego nie wyklucza.

Południowe Morawy wciąż mam w sobie. W mowie. We wspomnieniach. W smakach. W tym, jak patrzę na ogrody i na wszystko, co w nich rośnie. W tym, że cieszy mnie parę słów z obcą osobą. A może i w tym, że czasem brakuje mi tego ciepłego wiatru, którego wtedy prawie nie zauważałam.

I za każdym razem, gdy tam wracam, mam dziwne uczucie. Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne pozostały takie same. I coś z tego wszystkiego zostało też we mnie.

Dziś mój dom jest gdzie indziej, ale nigdy nie zapomnę, skąd pochodzę. Południowe Morawy zawsze będą częścią mojego życia, moich wspomnień i mnie samej. I zawsze będę tam chętnie wracać. 🙂